26.02.2012

Wspomnienia tamtych chwil ( z archiwum)


25.09.2007 r.


Organizacja świetlicy pochłonęła mnie bez reszty, układanie i pisanie programu zajęć dla dzieci, pierwsze zespoły wychowawcze,rady  pedagogiczne, starcie z rodzicami ( oczywiście obyło się bez bomb, wybuchających i dynamitu     ) i bieganie po szkolnych korytarzach sprawiły, że jestem zmęczona,  zmęczona.. psychicznie.
Stresuję się byle  czym głupotami jakimiś do tego dochodzi jeszcze stres związany z Panią Dyrektor, która najpierw proponuje swą pomoc i jest otwarta na wszelkie problemy.. a kiedy ten problem jest naprawdę poważny .. ma  WIECZNE PRETENSJE do całego świata, że śmiem jej zakłócać spokój panujący w jej osobistym gabinecie. Z miną radz se sama, mam to gdzieś ( dosłownie), traktuje mnie jak super intruza. Dlatego ten stres jest podwójny bo dwoję się i troję w miarę swoich możliwości i staram się rozwiązywać problemy we własnym zakresie, chyba, że jak właśnie w przypadku owej wspomnianej sprawy wykracza to poza moje kompetencje. I uważałam, że szacowna dyrekcja powinna być o tym fakcie powiadomiona. Byłam wielce zdumiona stoickim spokojem, i obojętnością nie wobec mnie tylko wobec swoich uczniów.
Wracając  któregoś dnia po ciężkim dniu z pracy do domu pomyślałam sobie, że ledwo zaczełam pracować w takiej instytucji a niedługo nabawię się poważnych kłopotów zdrowotnych jeśli dalej tak będzie.
Muszę sobie zafundowac jakiś super relaks najlepiej z Aniołem ( co stanie się już dziś   ) nie mogę się doczekać! i porządny trening relaksacyjny przed każdym pójściem do pracy.
Ale co tam to jakby jest tłem.. niestety mało przyjemnym ( w końcu nikt nie powiedział, że będzie różowo) najważniejsze są dzieciaki    są bardzo fajne, i chyba mnie polubili bo przychodzą coraz częściej ( nawet co przerwę ) jestem bardzo zadowolona oby tak dalej i żeby im się nie znudziło  .
To w końcu dla Nich tam jestem no nie? najgorsze jest to, że z nikektórymi osobami muszę współpracować.. ehh życie   .

Pozdrawiam wszystkich weekendowo i zyczę samych miłych chwil buziaki  całus 


29.09.2007 r.


Bieg, praca, impreza, kradzione chwile, choróbska czyli life goes on...



Dni lecą z prędkością światła jeden za drugim, ledwo wstanę, idę do pracy i zaraz znów jestem w domu i trzeba iść spać. W weekend byliśmy na imprezie urodzinowej w pewnym pubie, całkiem miłym miejscu. Mój widok niestety nie ucieszył OWEJ KOLEŻANKI ANIOŁA, która tuż po otwarciu drzwi od swego mieszkania( Anioł obiecał, że zabierzemy ją po drodze) miała skwaśniałą minę.. jak ja to uwielbiam! ( nie żebym się czepiała...).
Miałam okazję poznać większe grono znajomych mojego Kochanie całkiem sympatycznych osobników i osobniczki. Solenizantce kupiliśmy dobre włoskie wino ( które przypomniało nam niedawny pobyt w Wenecji aż czułam ten zapach tamtych dni...  ) i czekoladki. 
Impreza była w miarę udana i sympatyczna, zresztą ja mogę wszędzie być byleby z moim Aniołkiem.
Poza tym odwiedziliśmy IKEĘ w poszukiwaniu kilku drobiazgów do mieszkania. Zakupiliśmy m.in. świeczki tealighty, które pięknie nam pachniały owocami w całym samochodzie. Niektóre meble bardzo nam się podobały.. jak zaczęliśmy liczyć wszystko co byśmy chcieli kupić wyszło nam parę ładnych tysięcy.. matko.. chyba musimy zagrać w TOTKA albo znaleźć sponsora uśmieszek 
Tam już czuć świąteczny nastrój bombki, bombeczki o różnych kolorach tęczy, światełka i mnóstwo pierniczków notabene oboje uwielbiamy je więc kupiliśmy sobie ( polecam imbirowe są pyszne!).
Do tego w ostatnim tygodniu dopadła nas oboje choroba Anioła boli gardziołko i ma katar za to ja mam piękny kaszel i katar. Ledwo byłam chora i znowu. Zła jestem bo muszę chodzić do pracy, i to do tego mam więcej godzin ( ze względu na dodatkowe zajęcia z dziećmi) i nie mogę się wyleczyć do końca i łażę taka nijaka.
Poza tym żyjemy sobie od weekendu do weekendu z kradzionymi chwilami w zagonionym tygodniu żeby choć zobaczyć smsa na ekranie komórki albo usłyszeć głos w słuchawce...
Tęsknota jest coraz mocniejsza chyba nasza miłość przeżywa jakiś renesans.. jak nigdy nie możemy się rozstać jest coraz trudniej niekiedy pojawiają się łzy moje oczywiście...
I gdyby tylko można było choć na chwilkę zamieszkać we Dwoje......ehh pomarzyć dobra rzecz.
Kochani przepraszam za marudzenie ale ostatnio mądra wena wyjechała i jakoś wrócić nie może:P...

PS: smutno mi się zrobiło bardzo bo odeszła z blogowego świata i nie tylko NIEPOKONANA NIEZŁOMNA w obliczu choroby Miriam ... szkoda, że już nic dla nas nie napisze mądrego.. ale cóż Bóg chyba także potrzebuje mądrych ludzi..... roza 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz